Sobota, 12 lipca 2008Kategoria towarzysko, zwyczajnie
Najbardziej Hardcore’owa Wycieczka Rowerowa w życiu Tomka i moim – wybraliśmy się dzisiaj nad Chechło w celu spożycia kiełbaski z grilla :)
Kiedy wyruszaliśmy spod Dorotki, nic nie wskazywało na to, że spotkają nas jakieś przygody… Pojechaliśmy sobie przez Wojkowice, Bobrowniki, Piekary Śląskie, Świerklaniec nad Chechło. Po drodze Tomek słyszał, że coś grzmi, ja nie zwróciłam uwagi, tak czy siak postanowiliśmy jechać dalej do celu. Było ciepło, świeciło słoneczko, jechało się przyjemnie. W Świerklańcu przypomniało nam się, że nie mamy kiełbasek na rzeczonego grilla :P Więc jeszcze znaleźliśmy sklep (a nie było to łatwe w sobotę po 18:00 :P) i się zaopatrzyliśmy. Przy okazji okazało się, że ze Świerklańca jest krótsza i mniej ruchliwa droga nad Chechło niż ta, którą kiedyś prowadził Krzysiu. Później już przez lasek nad jeziorko, gdzie z zadziwiającą łatwością znaleźliśmy czwórkę zmotoryzowanych – leniów – namiotowiczów – grillowiczów, czyli Gosię, Artura, Karinę i Darka.
Zaczęło wiać, grzmieć i padać, ale co tam – przecież przejdzie szybko ;) Owszem, przeszło, ale tylko na chwilę i znowu zaczęło lać. Za to była śliczna tęcza i pycha kiełbaski. Posiedzieliśmy, pogadaliśmy, pośmialiśmy się, zjedliśmy i porzuciliśmy nadzieję na to, że uda nam się wrócić do domu bez towarzystwa deszczu i burzy. No cóż, do domu tak czy siak trzeba było wrócić. Zanim dojechaliśmy do najbliższego lasu, już byliśmy przemoczeni do suchej nitki. W lesie się pogubiliśmy nieco, zrobiło się ciemno, jak w końcu dojechaliśmy do jakiejś głównej drogi to ja osobiście nie miałam zielonego pojęcia, gdzie jestem i gdybym była sama to bym się z 10 razy jeszcze pogubiła w drodze do domu – ale dzięki Tomka znakomitej orientacji w terenie dotarliśmy do parku w Świerklańcu, przejechaliśmy przez niego nad zalew, wzdłuż zalewu i jakimś tajemniczym skrótem ;) Przez błotko, kamienie, kałuże o głębokości…dużej ;) Jazda totalnie na wyczucie, drogę rozjaśniały jedynie błyskawice, mi standardowo wysiadły baterie w lampce… W zasadzie byliśmy tak przemoczeni, że sądzę, że jakbyśmy się wyglebili gdzieś tam do błota czy do kałuży, albo jakby ktoś na nas wylał z 10 wiader wody, to nie zrobiłoby to na nas większego wrażenia :] Tomkowi woda spływająca z gąbeczek z kasku zalewała oczy, mnie przed tym uratowała bandanka na głowie, którą zawiązałam z powodu zbyt długiej grzywki wpadającej do oczu xD
Tajemniczy skrót wyprowadził nas na Rogoźniku… Stamtąd już szybciutko przez Wojkowice na Czeladź. Ja do domku, gdzie czekało na mnie spojrzenie mamy (jeszcze bardziej bezcenne niż zwykle), prysznic (gorący) i herbatka (z rumem) xD Tomek w drodze do domu ponoć jeszcze potwierdził zasadę pod tytułem „9 na 10 wypadków zdarza się w domu” i na własnym osiedlu wykąpał się w kałuży.
Mokre miałam wszystko, włączając w to karnet na fitness schowany w najgłębszym zakamarku portfela, schowanego w najgłębszym zakamarku plecaka ;) Buty po wyjęciu z pralki były suchsze niż przed włożeniem ich tam. W nocy słyszałam jak mi błoto z roweru odpada i obija o podłogę :] Tylko, kurczę, łańcuch mi się rozpada :/
Dane z wycieczki są na oko, bo licznik zalało :] I tak byłam w ciężkim szoku, bo działał idealnie przez cała drogę, mimo że nie jest wodoodporny. Dopiero pod blokiem, jak chciałam sprawdzić godzinę (btw była 22.30:] ) i przyciął się przycisk… Najpierw jeden, potem drugi, w końcu się skasowało dokładnie wszystko :] Nad Chechłem było 30,2km, 21,9km/h i 1:23h :]
Ależ się rozpisałam.
Pozdrowienia dla wszystkich, którzy nie boją się burzy :P
Kiedy wyruszaliśmy spod Dorotki, nic nie wskazywało na to, że spotkają nas jakieś przygody… Pojechaliśmy sobie przez Wojkowice, Bobrowniki, Piekary Śląskie, Świerklaniec nad Chechło. Po drodze Tomek słyszał, że coś grzmi, ja nie zwróciłam uwagi, tak czy siak postanowiliśmy jechać dalej do celu. Było ciepło, świeciło słoneczko, jechało się przyjemnie. W Świerklańcu przypomniało nam się, że nie mamy kiełbasek na rzeczonego grilla :P Więc jeszcze znaleźliśmy sklep (a nie było to łatwe w sobotę po 18:00 :P) i się zaopatrzyliśmy. Przy okazji okazało się, że ze Świerklańca jest krótsza i mniej ruchliwa droga nad Chechło niż ta, którą kiedyś prowadził Krzysiu. Później już przez lasek nad jeziorko, gdzie z zadziwiającą łatwością znaleźliśmy czwórkę zmotoryzowanych – leniów – namiotowiczów – grillowiczów, czyli Gosię, Artura, Karinę i Darka.
Zaczęło wiać, grzmieć i padać, ale co tam – przecież przejdzie szybko ;) Owszem, przeszło, ale tylko na chwilę i znowu zaczęło lać. Za to była śliczna tęcza i pycha kiełbaski. Posiedzieliśmy, pogadaliśmy, pośmialiśmy się, zjedliśmy i porzuciliśmy nadzieję na to, że uda nam się wrócić do domu bez towarzystwa deszczu i burzy. No cóż, do domu tak czy siak trzeba było wrócić. Zanim dojechaliśmy do najbliższego lasu, już byliśmy przemoczeni do suchej nitki. W lesie się pogubiliśmy nieco, zrobiło się ciemno, jak w końcu dojechaliśmy do jakiejś głównej drogi to ja osobiście nie miałam zielonego pojęcia, gdzie jestem i gdybym była sama to bym się z 10 razy jeszcze pogubiła w drodze do domu – ale dzięki Tomka znakomitej orientacji w terenie dotarliśmy do parku w Świerklańcu, przejechaliśmy przez niego nad zalew, wzdłuż zalewu i jakimś tajemniczym skrótem ;) Przez błotko, kamienie, kałuże o głębokości…dużej ;) Jazda totalnie na wyczucie, drogę rozjaśniały jedynie błyskawice, mi standardowo wysiadły baterie w lampce… W zasadzie byliśmy tak przemoczeni, że sądzę, że jakbyśmy się wyglebili gdzieś tam do błota czy do kałuży, albo jakby ktoś na nas wylał z 10 wiader wody, to nie zrobiłoby to na nas większego wrażenia :] Tomkowi woda spływająca z gąbeczek z kasku zalewała oczy, mnie przed tym uratowała bandanka na głowie, którą zawiązałam z powodu zbyt długiej grzywki wpadającej do oczu xD
Tajemniczy skrót wyprowadził nas na Rogoźniku… Stamtąd już szybciutko przez Wojkowice na Czeladź. Ja do domku, gdzie czekało na mnie spojrzenie mamy (jeszcze bardziej bezcenne niż zwykle), prysznic (gorący) i herbatka (z rumem) xD Tomek w drodze do domu ponoć jeszcze potwierdził zasadę pod tytułem „9 na 10 wypadków zdarza się w domu” i na własnym osiedlu wykąpał się w kałuży.
Mokre miałam wszystko, włączając w to karnet na fitness schowany w najgłębszym zakamarku portfela, schowanego w najgłębszym zakamarku plecaka ;) Buty po wyjęciu z pralki były suchsze niż przed włożeniem ich tam. W nocy słyszałam jak mi błoto z roweru odpada i obija o podłogę :] Tylko, kurczę, łańcuch mi się rozpada :/
Dane z wycieczki są na oko, bo licznik zalało :] I tak byłam w ciężkim szoku, bo działał idealnie przez cała drogę, mimo że nie jest wodoodporny. Dopiero pod blokiem, jak chciałam sprawdzić godzinę (btw była 22.30:] ) i przyciął się przycisk… Najpierw jeden, potem drugi, w końcu się skasowało dokładnie wszystko :] Nad Chechłem było 30,2km, 21,9km/h i 1:23h :]
Ależ się rozpisałam.
Pozdrowienia dla wszystkich, którzy nie boją się burzy :P
Dane wycieczki:
60.00 km (10.00 km teren) czas: 03:00 h avg:20.00 km/h
Komentarze
no to fajna wyprawę mieliście
w lesie z Chechła w kierunku Śwerklańca rzeczywiście idzie się na początku stracić :)
resztę Waszych skrótów chyba też znam doskonale, ważne że kiełbaski zjedzone :D
i ciała ubłocone ;)
pozdrawiam pozytywnych szaleńców katane - 23:08 poniedziałek, 14 lipca 2008 | linkuj
w lesie z Chechła w kierunku Śwerklańca rzeczywiście idzie się na początku stracić :)
resztę Waszych skrótów chyba też znam doskonale, ważne że kiełbaski zjedzone :D
i ciała ubłocone ;)
pozdrawiam pozytywnych szaleńców katane - 23:08 poniedziałek, 14 lipca 2008 | linkuj
OSSSTRO :D Takie burzowe przygody są super ;D Ja jednak wczoraj patrząc za okno nie miałem ochoty wychodzić na rower :P
Pozdro ;) vanhelsing - 22:45 poniedziałek, 14 lipca 2008 | linkuj
Komentuj
Pozdro ;) vanhelsing - 22:45 poniedziałek, 14 lipca 2008 | linkuj